OFICJALNA STRONA ZESPOŁU
//HISTORIA

Mówi się o nich „polscy Rolling Stonesi”... I faktycznie – coś w tym jest. Choćby ze względu na źródła muzyki, żonglowanie stylami, konsekwencję. Ze względu na staż, pod względem którego coraz mniej mają równych. Ze względu na nie harcerski tryb życia oczywiście też. No i ze względu na skomplikowane, nie wolne od dramatów dzieje...

Amatorzy

  • Choć muzyczna Polska poznała Dżem na początku lat 80., i właśnie na ogół wtedy biorą początek jego biografie, tak naprawdę korzenie grupy sięgają dużo, dużo dalej. Aż do roku 1973, kiedy to raczej niezobowiązująco grywali ze sobą bracia Beno (gitara basowa) i Adam (gitara) Otrębowie, Paweł Berger (piano) i Aleksander Wojtasiak (perkusja). Grywali, a jeśli chodzi o trzech pierwszych, to również podśpiewywali. W domach kultury, klubach, na zabawach i potańcówkach. Takimi zespołami post-bigbeatowa Polska usiana była wzdłuż i wszerz. I niewiele lub nic nie zmieniło dojście wokalisty (grającego na harmonijce) Ryszarda Riedla. Bo zespół ani nie miał stałej bazy, ani własnego repertuaru (na swoje potrzeby adaptując przeboje zachodnich mistrzów w postaci Cream, Santany czy Stonesów właśnie), ani nawet... nazwy.

  • Dopiero gdy sytuacja zmusiła do zapełnienia wolnego miejsca na plakacie, stanęło na nazwie Jam, bo na czymś stanąć musiało. A Jam wziął się od jammowania. Polski zapis nazwy trafił się – zupełnym przypadkiem kierującym ręką organizatorki jednego z koncertów – w roku 1974.

    Dżem nie miał też jeszcze jednej rzeczy – stałego składu mianowicie. Co dotyczyło (i długo dotyczyć będzie) zwłaszcza funkcji perkusisty. Szybko odszedł Wojtasiak, jeszcze szybciej jego następca Wojciech Grabiński. Wprawdzie na parę lat przyszedł Leszek Faliński, ale za to zmieniać się zaczęli też basiści - wkrótce zabrakło Bena Otręby, za którego grywał Józef Adamiec. Kiedy jednak Adamca zastąpił brat Leszka – Tadeusz Faliński, to z kolei Adam Otręba częściej niż z Dżemem grywał z Kwadratem, a Berger przestał grywać z Dżemem w ogóle. Po prostu skład tasował się nieustannie.

  • Spośród tych, którzy doszli na przestrzeni lat, najważniejszy okazał się Leszek Faliński. To on wraz z Riedlem stanowił wówczas siłę napędową zespołu. To oni komponowali pierwsze oryginalne utwory zespołu (można powiedzieć, iż własny program wykluł się w lecie 1979 w mazurskich Wilkasach). To oni nalegali, by Dżem wziął udział w festiwalu w Jarocinie. I postawili na swoim.

Debiutanci

  • Dżem oficjalnie nie wygrał konkursu festiwalu Jarocin ’80 (wówczas noszącego nazwę I Przeglądu Muzyki Młodej Generacji), ale okazał się największym odkryciem imprezy, zresztą nie tylko w skali 1980 roku.

    W Jarocinie zespół wystąpił w składzie Riedel-Falińscy-Adam Otręba-Jerzy Styczyński (gitara). Wszakże i ten skład nie utrzymał się długo, bo ledwie do występu na imprezie Muzyka Młodej Generacji towarzyszącej markowemu festiwalowi Pop Session To był po Jarocinie drugi najważniejszy występ Dżemu w 1980 roku. To było również pożegnanie z grupą braci Falińskich, którzy przestali w nią wierzyć.

  • Ponownie zespół spróbował z początkiem 1981 roku – i tym razem już nie skończyło się na zrywach. Po pierwsze – nowy/stary skład Riedel-B. Otręba-Berger-A.Otręba-Michał Giercuszkiewicz (perkusja)-Andrzej Urny (gitara) okazał się stabilny, z tym tylko zastrzeżeniem, że ten ostatni po pół roku ustąpił miejsca Styczyńskiemu. Po drugie – zespół znakomicie przyjął się na estradach, wywołując aplauz na takich imprezach, jak Folk-Blues Meeting, Rawa Blues, Jarocin (powrót już w roli gwiazdy, a przynajmniej gwiazdki), Rock Na Wyspie czy Rockowisko. Po trzecie – zespół wreszcie zaczął nagrywać. Spośród sesji dla radia, jakie wówczas zanotował, z pewnością najważniejsza jest ta, podczas której muzycy nagrali piosenki „Paw” i „Whisky” – bo „Paw” stał się pierwszym przebojem Dżemu, zaś „Whisky” z czasem przebojem największym w całych dziejach grupy, po prostu hymnem i standardem. A spośród innych ówczesnych sesji wyróżniała się ta związana z udziałem w śpiewogrze „Pozłacany warkocz” Katarzyny Gaertner.

  • Singel „Paw”/ „Whisky” wyszedł w roku 1982 i narobił wiele zamieszania, niemniej Dżem jakoś nie mógł dostać się do prawdziwej czołówki, zyskać poklasku mediów, akceptacji włodarzy naszego show biznesu. Nie mógł nagrać longplaya, a trudno było nawet z singlami (drugi, „Dzień, w którym pękło niebo”/„Wokół sami lunatycy”, wyszedł dopiero w 1984). Spowodowało to spadek ilości koncertów, rozluźnienie dyscypliny – tak że w 1982 i 83 Adam Otręba nad Dżem przełożył granie w lokalach Bliskiego Wschodu, a Riedel zacieśniał kontakty z wówczas znacznie wyżej notowanym Krzakiem.

    Z pewnością jedną z przyczyn stagnacji i rozprzężenia był brak menadżera sprawnego i z kontaktami, które wtedy były nie mniej ważne niż dzisiaj. W każdym razie odkąd w 1984 (po Olsztyńskich Nocach Bluesowych) opiekę menadżerską przejął nad grupą Marcin Jacobson, sytuacja Dżemu zmieniła się radykalnie. Przede wszystkim zespół naprawdę zaczął nagrywać coś więcej niż single...

Gwiazdy

  • Kaseta „Dżem”, nagrana w 1984 na żywo na świnoujskiej FAMIE (a od 1992 wznawiana na płytach jako „Dzień, w którym pękło niebo”), dziś – ze względu na nie zgrywany dźwięk – ma raczej historyczne znaczenie, ale wtedy robiła wrażenie... samą swą obecnością. Natomiast nagrany i wydany w 1985 roku longplay „Cegła” to już ścisły kanon polskiego rocka, a przy okazji największy bestseller w dyskografii Dżemu. No bo przecież „Cegła” to greatest hits utwór w utwór – od „Whisky” poczynając, zaś na kolejnym wielkim hicie, „Czerwonym jak cegła”, kończąc. A jeszcze „Oh, Słodka”, „Jesiony”, „Kim jestem”... Jakby tego było mało, zespół dorzucił kolejnego singla – „Skazany na bluesa”/„Mała aleja Róż” (pierwszy z tych utworów poświęcając Ryszardowi „Skibie” Skibińskiemu).

    Rok 1985 był rokiem wyjątkowym również ze względu na zagraniczne wyjazdy muzyków – do Szwajcarii, Jugosławii i NRD. Zresztą w ogóle był to dla Dżemu wyjątkowy rok.

  • Ale o 1986 nie da się powiedzieć nic gorszego. Wielkie koncerty (jak ten w Jarocinie utrwalony we fragmencie na brytyjskim filmie o polskim rocku „Moja krew, twoja krew”) i takiż album – „Absolutely Live”, zarejestrowany na żywo w krakowskim Teatrze STU. Tym razem muzycy sięgnęli głównie po utwory starsze, z najwcześniejszego okresu twórczości. Wszystkie świetne, ale trzy wyjątkowe – „Niewinni i ja” bo to dzieło kultowe, „Abym mógł przed siebie iść” bo to tekst-manifest programowy Riedla, „Poznałem go po czarnym kapeluszu” bo to jedna z koncertowych wizytówek do dziś. A albumowi towarzyszył (wydany co prawda dopiero w 1987, ale to były przecież czasy socjalistyczne) singel nagrany na tym samym koncercie – „Człowieku co się z tobą dzieje”/„Czerwony jak cegła”.

    Jeśli coś było w roku 1986 niedobrego, to tylko wyodrębnianie się w zespole „frakcji narkotykowej” w osobach Riedla i Giercuszkiewicza. Właśnie na tym tle doszło podczas nagrywania kolejnej płyty do zmiany – Giercuszkiewicza na czas sesji zastąpił Krzysztof Przybyłowicz, zaś potem na stałe Marek Kapłon (znany z TSA). Z ponurych narkotykowych powodów wokalista zaczął opuszczać niektóre koncerty – to z własnej winy, to karnie od nich odsuwany.

  • Dlatego w roku 1987 Dżem wyjątkowo często występował bez Riedla, za to z Ireneuszem Dudkiem, Moniką Adamowską i – przede wszystkim – z Tadeueszem Nalepą. Z tym ostatnim nawet na tak prestiżowych imprezach, jak Rawa Blues i prolog Jazz Jamboree. Z „ojcem polskiego bluesa” Dżem także nagrywał. Ale nim Polska poznała te nagrania, mogła posłuchać kolejnych płyt Dżemu z jego macierzystym wokalistą. Przede wszystkim premierowych utworów zebranych na „Zemście nietoperzy” (głównie w stylu blues-rockowym, choć w roli głównej reggae’owe „Naiwne pytania”).

  • Ale też pozycji koncertowej już numer trzy – „Tzw. przebojów – całkiem Live”. Czyli świadectwo jak Riedel śpiewa w stanie, w którym… nie bardzo może mówić. To wielka wada, ale znajdzie się i zaleta – w postaci psychodelicznej wersji „Jesionów”, pokazująca ile zespół potrafi na nowo wycisnąć ze swoich dawnych kompozycji... Listę płyt wydanych w 1988 uzupełnił singel studyjny z „Ostatnim ciężkim rokiem” i „Nie jesteś taki jak dawniej” – ważny o tyle, iż właśnie na nim kończy się lista singli sporządzonych z winylu. I w dyskografii Dżemu, i w dyskografii firmy Tonpress.

    Natomiast longplay Dżemu z Nalepą – „Numero uno” – okazał się jednym z lepszych w post-Breakoutowym dorobku tego artysty, również dzięki towarzyszącym mu instrumentalistom.

  • Pod koniec lat 80. Dżem zaczął coraz częściej pracować z wokalistkami. Na transmitowanym równolegle w radiu i telewizji koncercie pt. Dżem i Przyjaciele śpiewała z zespołem Małgorzata Ostrowska, w ZSRR (a dokładniej mówiąc w Leningradzie i dalekim Kazachstanie) – Martyna Jakubowicz. To znów było świadectwo kłopotów, jakie ma Dżem ze swoim właściwym wokalistą. To oraz album „The Band Plays On...” zawierający utwory instrumentalne (z santanowskim „Karlusem” w roli absolutnie głównej) przygotowane na wypadek, gdyby Riedel nie stawił się na koncert. Ale Riedel potrafił i utrudnić nagrania studyjne, czego dowodem „Najemnik” – płyta z jednej strony niedopracowana, ale z drugiej... klasyczna dzięki obecności „Modlitwy III”, „Wehikułu czasu”, „Harleya”. 24 czerwca 89, niedługo przed wydaniem „Najemnika”, zespół dał w katowickim Spodku wielki koncert z okazji swego dziesięciolecia.

    Koncert ów otworzył, jak się okazało, cykl urodzinowych imprez w Spodku, ale zamknął współpracę Dżemu z Marcinem Jacobsonem. Nowym menadżerem grupy został (i jest nim do dziś!) Leszek Martinek. To nie był koniec zmian, bo wtedy – na przełomie dekad i ustrojów – zmiany dotyczyły wszystkiego i wszystkich. Jeśli chodzi o zespół, zmiany miały charakter organizacyjny (powstała Spółka Cywilna „Dżem”, czyli muzycy przeszli „na swoje”) tudzież personalny – zmienił się, oczywiście, perkusista. Nowym został Jerzy Piotrowski (najlepiej znany z SBB).

  • Jedyny nagrany z Piotrowskim album studyjny – „Detox” – uchodzi za wyjątkowe osiągnięcie grupy. To tu jest dramatyczny „List do M.”, tu jest hippisowski „Sen o Victorii”, tu jest oparty na świetnym riffie gitary „Jak malowany ptak”.

  • Zresztą w tamtym okresie Dżem wyjątkowo pracowicie odrabiał fonograficzne zaległości. „The Singles” stanowi zbiór nagrań ze wszystkich małych płyt; „Wehikuł czasu – Spodek ‘92” stanowi zapis kolejnego urodzinowego koncertu w Spodku.

  • „Ciśnienie” stanowi drugi po „Numero uno” album, na którym Dżem towarzyszy innemu artyście – Sławkowi Wierzcholskiemu w tym wypadku. A „Autsajder” to kolejna porcja nowych piosenek – na czele z nawiązującą do „Whisky” tytułową oraz z monumentalną „Obłudą”.

    Na „Autsajderze” zagrał kolejny... perkusista – Zbigniew Szczerbiński. Kolejny, ale już zamykający sztafetę za Dżemowymi bębnami. Odtąd zespół będzie mieć stałego perkusistę.

  • Nagrania, nagrania, nagrania – bo trzeba jeszcze doliczyć sesję akustyczną z początku 1994 roku, która zaowocowała najpierw płytą „Akustycznie”, a później dokładką „Akustycznie – suplement”. Stare utwory zyskały często nowy kształt („Naiwne pytania”!) dzięki zmianie aranżacji i zaproszeniu licznych gości (Adama Egona Gromadę na saksie i paru innych). A obok nagrań koncerty, koncerty, koncerty... Wymieńmy tylko Niech Świat Się Do Nich Uśmiechnie na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie w 92 i trzeci benefis w Spodku rok później.

    Ale przecież bardzo dobrze było tylko na scenie... Bo na pewno nie ze zdrowiem wokalisty. W 1994 zdrowie Ryszarda Riedla było już bardzo złe... Zmarł 30 lipca.

    Przyszłość Dżemu była wtedy bardzo niepewna.

Klasycy

  • Z myślą, że będą musieli spróbować pracować bez Riedla, instrumentaliści oswajali się jeszcze za życia swego najsłynniejszego wokalisty. Wtedy powstał pomysł konkursu. Konkursu, który wygrał Jacek Dewódzki, na dużej scenie praktycznie debiutant. Wedle jednych kopia Riedla, wedle innych oryginał... Na pewno ktoś, kto chciał i nie bał się stawić czoła legendzie.

    Dewódzki zaczął od nagrania albumu „Kilka zdartych płyt”, przyczyniając się do przestawienia Dżemu na nowe, hardrockowe tory (choć głównymi wizytówkami płyty okazały się ballady „Zapal świeczkę” i „Dzikość mego serca”). Nowy wokalista prawdziwy chrzest przeszedł w Spodku uczestnicząc – obok jedenaściorga gwiazd polskiej sceny (m.in. Jakubowicz, Ostrowskiej, Nalepy, Czesława Niemena, Wojciecha Waglewskiego, Krystyny Prońko) – we wzruszającym koncercie zorganizowanym w wigilię pierwszej rocznicy śmierci Riedla, który to koncert został udokumentowany aż trzypłytowym albumem „List do R. na 12 głosów”.

  • A potem mógł ponownie ruszyć koncertowy młyn. Odnowiony Dżem zadomowił się w klubach, amfiteatrach i na festiwalach (takich jak Przystanek Woodstock czy Węgorzewo). Powrót przypieczętował w 1997 album „Pod wiatr” (z koncertowym przebojem „To tylko dwa piwa”), sam będący powrotem do form dłuższych i nastrojów posępnych.

  • Wyjątkowy – zresztą nie tylko w skali drugiej połowy lat 90. – okazał się rok 1998. Ze względu na to, że Dżem poprzedzał na stadionie w Chorzowie samych Rolling Stonesów, ale też ze względu na fakt, iż dał cykl koncertów – prekursorski w polskich warunkach – z orkiestrą i chórem w przearanżowanym repertuarze własnym. Udokumentowały to płyty „Dżem w Operze” (98) z piosenkami bardziej przebojowymi oraz „Dżem w Operze 2” (99) z formami dłuższymi; a „Dżem w Operze” to przy okazji tytuł jedynej oficjalnej wideokasety w dorobku formacji. Pomiędzy wydaniem obu płyt symfonicznych miał miejsce pierwszy wyjazd zespołu do Stanów Zjednoczonych (które muzycy potem odwiedzali już regularnie co kilka lat).

  • Pewne echa symfonicznej przygody zabrzmiały na płycie „Być albo mieć” – ale tylko w sensie aranżacyjnym (wykorzystano instrumenty dęte i chórek żeński), bo ten album niósł formy na ogół krótkie i lekkie (takie jak reggae’owa piosenka tytułowa, chociaż w „Za plecami” wyraźnie zabrzmiało funky, a w „Na swoim brzegu” powrócił blues). W okresie wydania „Być albo mieć” zespół nagrał piosenkę „To ja, złodziej” do tak zatytułowanego filmu Jacka Bromskiego, no i zadebiutował na festiwalu w Opolu – oficjalnie z okazji swojego dwudziestolecia.

Weterani

  • Nowa dekada, nowy wiek i… nowy wokalista. Płyta „Być albo mieć” okazała się pożegnaniem z Dżemem Dewódzkiego. Bo pojawił się ktoś, kto formułę mógł odświeżyć – Maciej Balcar. Ta zmiana wokalisty wywołała o ileż mniejsze emocje niż poprzednia. Również dlatego, iż trzeci wokalista bardziej przypominał pierwszego… A pierwszy duży koncert Dżemu z Balcarem miał miejsce na Tyskim Festiwalu Muzycznym im. Ryśka Riedla – imprezie, która w nowym wieku stała się rokrocznym festiwalem Dżemu.

  • Kolejny wokalista, ale długo stare utwory. Muzycy zwlekali z wydaniem nowej płyty, choć ciągle podsyłali do sklepów nowe tytuły. A to składankę (dopiero pierwszą w dorobku!) „Złoty paw” z popularnej serii Złota Kolekcja. A to DVD „Przystanek Woodstock 2003” i „Przystanek Woodstock 2004”, których tytuły mówią wszystko. A to wznowienia starych albumów – pojedynczo lub parami (seria „2 CD w cenie 1 CD” objęła na koniec dekady całą podstawową dyskografię).

    W lecie 2004 grupa pierwszy raz pojechała do tak ważnego muzycznie kraju, jakim jest Wielka Brytania, a wkrótce potem wyszła owa płyta z nowym materiałem – „2004”. I to nowym również jeśli chodzi o stylistykę – zwłaszcza w piosenkach soulo-popowych „Nieproszony” i „Dzień świstaka”; choć Dżem przecież nie z tych, którzy wypierają się przeszłości – co udowodnił zwłaszcza „Gorszy dzień”, nowy koncertowy przebój. Ale grupa miała i nowy przebój radiowy, bo takim stała się melancholijna, gorzko-słodka ballada „Do kołyski”.

  • Zwłokę z wydaniem „2004” spowodowały kłopoty zdrowotne muzyków, które do szpitala sprowadziły najpierw B. Otrębę, a później Balcara. Cóż to jednak znaczy przy tym, co zdarzyło się pod Jaworznem rankiem przeklętego 27 stycznia 2005. Bus, którym zespół wracał z akustycznego koncertu w Rzeszowie, potrącony przez wyprzedzający go samochód wypadł z szosy i koziołkował. Dla każdego był to wypadek bolesny, a dla Pawła Bergera okazał się śmiertelny… Może to tak musi być, że za taką muzykę trzeba co jakiś czas płacić cenę najwyższą?

    W czym jak w czym, ale w stawaniu z powrotem na nogi Dżem nabrał wprawy. Przydała się – bo znów stanął. Pierwszym poważnym zadaniem składu z nowym klawiszowcem Januszem Borzuckim był cykl koncertów promujących wejście na ekrany „Skazanego na bluesa” – jedynego filmu fabularnego o polskim muzyku rockowym, Ryszardzie Riedlu rzecz jasna.

  • Drugim okazał się koncert w Zabrzu dokładnie w pierwszą rocznicę wypadku i oczywiście poświęcony pamięci Bergera. Byli na tym koncercie goście śpiewający – Jacek Dewódzki i Sebastian Riedel; ale przede wszystkim grający na różnych instrumentach klawiszowych – m.in. Rafał Rękosiewicz, Krzysztof Głuch, Wojciech Karolak, no i sam Józef Skrzek. W ten sposób Dżem nabrał wyjątkowego, klawiszowego smaku, a jego współtwórca został uhonorowany nie tylko koncertem, ale i jego płytowym zapisem pt. „Pamięci Pawła Bergera”.

  • Kolejne wyjątkowe koncerty miały miejsce w sierpniu 2008 w Gdyni i maju 2010 w Warszawie. Ale ważniejsze od tego, gdzie Dżem wtedy występował, było to przed kim. Ano przed Erikiem Claptonem i przed AC/DC. Jeśli dodamy wspomnianych Stonesów oraz ZZ Top z Sopotu ‘96, skompletujemy supportową karetę asów, jakiej nie zebrał nikt inny w Polsce. Jednak jeszcze ważniejszy koncert wypadł w październiku 2009, kiedy grupa święciła swoje trzydziestolecie. Było jak kiedyś (w sensie wzruszeń i wypełnionego Spodka), jak całkiem niedawno (w sensie goszczenia Dewódzkiego i Riedla juniora oraz bloków akustycznego, orkiestrowego i „elektrycznego”), ale i jak nigdy dotąd – w sensie dokumentującego imprezę wydawnictwa „30 urodziny” złożonego z aż siedmiu dysków (w proporcji 4CD+3DVD).

  • W roku 2010 nastąpiła zresztą fonograficzna hurra-ofensywa Dżemu, który wreszcie nagrał i wydał długo oczekiwaną, dopiero drugą studyjną płytę z Balcarem (i pierwszą z Borzuckim) – „Muzę”. Była bardziej wyrównana od poprzedniej, ale najważniejsze, że właśnie tu po raz pierwszy powiódł się zapowiadany bodaj od „Pod wiatr” powrót do dawnych klimatów, do brzmień południowych (amerykańskich i… śląskich) – weźmy „Do przodu” i od paru lat ćwiczone na koncertach „Nie patrz tak na mnie”. Jednak „Muza” to przede wszystkim triumfalny debiut kompozytorski Szczerbińskiego w postaci kolejnego przeboju grupy – „Partyzanta”, to forma dłuższa i złożona w postaci utworu tytułowego, no i to „Strach” – dowód, iż mimo upływu dekad Dżem ciągle stać na nowe Wielkie Utwory.

  • Choć pamięć o starych Wielkich Utworach nie przemija. Zwłaszcza, że podsyciły ją koncertowe DVD: "1979-1994" z lat dawnych, "Symfonicznie" z lat niedawnych (bo od paru lat zespół ponownie występuje z orkiestrą za plecami w przearanżowanym repertuarze własnym) oraz wideo-audio "35 urodziny".To ostatnie, jak na razie wieńczące okres wypasionych boxów, jest śladem po kolejnym wielkim benefisie urodzinowym zespołu – w Chorzowie w czerwcu 2014.

    Dżem zaprosił rekordową ilość gości, tym razem nie tylko z Polski, czego przykładem mistrz gitary Coco Montoya, ale z Polski również, spośród których najsilniejszy wpływ na kształt utworów miał skrzypek Jan Gałach. A jubilaci nie ograniczyli się do poczęstowania przybyłych „największymi przebojami”, lecz oparli program o „Muzę” i powyciągali słabiej pamiętane perełki jeszcze z XX wieku.

  • W roku 2016 Dżem wrócił – po 23 latach nieobecności – na Rawę Blues. Czyli ostatnimi czasy większość najważniejszych koncertów grał na Śląsku, bo trzeba doliczyć jeszcze te tyskie – wprawdzie od 2015 już nie na festiwalu imienia swego najsłynniejszego wokalisty, lecz (po drugiej stronie jeziora) w ramach dobrze rokującej imprezy Rock Na Plaży, którą można uznać za tamtego festiwalu wydanie odświeżone. W każdym razie Dżem nadal ma swój festiwal.

    Jednak występuje oczywiście nie tylko na własnej ziemi. To w Warszawie powiększył w 2015 o Lynyrd Skynyrd supportowaną kolekcję zespołów dla siebie ważnych. Ale dużo głośniej – właśnie w kontekście Dżemu – było o wizycie w Polsce innej znakomitości z Ameryki...

  • W kwietniu 2018 w Krakowie „Wehikuł czasu” wykonała sama Metallica! Sytuacje, gdy ktoś ze światowego topu sięga po utwór naszej produkcji, nie zdarzają się często – w każdym razie rzadziej niż huczne obchody okrągłych urodzin, bo te również Dżem zaczął celebrować z regularnością pięcioletnią. Ale każdy z inną myślą przewodnią.

  • W marcu roku 2019 było nią zaproszenie – ponownie do Spodka – muzyków z lat dawnych i bardzo dawnych, zwłaszcza perkusistów, bo przecież oni najczęściej się zmieniali. Nie wszyscy mogli zagrać – w końcu to ludzie młodzi już tylko duchem – niemniej okazja do przypomnienia publiczności „ludzi z tamtych lat” została wykorzystana. Wprawdzie z Partyzantem Dżem grywał wtedy co jakiś czas, ale z Krzysztofem Przybyłowiczem występował po raz jedyny, zaś z Michałem Giercuszkiewiczem i Andrzejem Urnym – jak się okaże – po raz ostatni.

  • Koncert 40-lecia wypadł w o tyle szczęśliwym momencie, że rok później już nie mógłby się odbyć. Okres covidowy zespół przetrwał bez strat osobowych, a "tylko" ze stratami finansowymi. Poza tym cieszył się faktem, iż wiele jego piosenek – już nie tylko tych sprzed lat, ale i "Do kołyski" – z przebojów zamieniły się w standardy. Martwił następującymi jedna po drugiej ostatecznymi pożegnaniami swoich dawnych muzyków. A i aktualny skład Dżemu bywał zdekompletowany, często to bez jednego, to bez drugiego z braci Otrębów, niekiedy nawet bez obu. Ale zdołał zebrać się w komplecie, kiedy grupa powracała do Jarocina, na Pol’and’Rock (eks-Przystanek Woodstock), na Rawę Blues i Rock Na Plaży (który w ostatnich latach zmieniał lokalizację i nie zawsze odbywał się w przy plaży).

  • Skoro w 2024 mijała kolejna pięciolatka, przyszedł czas – 6 kwietnia, to jasne że w Spodku – na kolejną fetę urodzinową. Kolejną, ale wyjątkową. Nie tylko dlatego, że przy najwyższym wskazaniu licznika lat. Bo tym razem urodziny oznaczały także pożegnanie (które jest symbolem upływu czasu chyba najbardziej dojmującym). Maciek Balcar nagrał z Dżemem wiele płyt, wśród nich dwie z premierowym repertuarem. Cóż, rozkład pożycia artystycznego… Tak się zdarza, zwłaszcza po prawie dwudziestutrzech latach bycia razem. Ważne, że rozstanie odbyło się za obopólnym porozumieniem.

    Balcar śpiewał w Dżemie dłużej niż Riedel. Ryszard Riedel – trzeba doprecyzować dla bezpieczeństwa. Bo jako wokalistę historycznie numer 4 właśnie na swoim 45-leciu grupa przedstawiła w Spodku w tej roli jego syna, Sebastiana Riedla. Od tego nazwiska w Dżemie po prostu nie da się uciec.

    Coś się kończy, coś zaczyna. A dopływ świeżej krwi – takiej krwi! – przyda się nawet krzepkim weteranom. Zwłaszcza, że ci weterani mają pewne plany na przyszłość…

tekst: Jan Skaradziński